
Urszula Gawron-Leśniara
Urodzona w Tarnowie. Absolwentka edukacji artystycznej w zakresie sztuk plastycznych specjalność: grafika warsztatowa; na Wydziale Artystycznym filii Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Studia podyplomowe – Projektowanie graficzne, Wyższa Szkoła Europejska im. J. Tischnera w Krakowie; Oligofrenopedagogika – Instytut Pedagogiczny Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Nowym Sączu; Pedagogika opiekuńczo-wychowawcza z elementami terapii zajęciowej – Wyższa Szkoła Biznesu i Przedsiębiorczości w Ostrowcu Świętokrzyskim. Policealne Studium Plastyczne w Tarnowie, w zakresie specjalności: techniki konserwatorskie – konserwacja mebla. Na polu artystycznym specjalizuje się w tradycyjnych technikach graficznych, fotografii i malarstwie. Ma na swoim koncie 105 wystaw, w tym 29 indywidualnych. Jej prace były nagradzane w licznych konkursach i wielokrotnie gościły na wystawach w Polsce i za granicą. Jest także autorką witraży w Oratorium Księży Filipinów w Tarnowie oraz współautorką witraży w Kościele oo. Jezuitów pod wezwaniem Ducha Świętego w Nowym Sączu.
Od wielu lat pracuje jako pedagog i nauczyciel z dziećmi i młodzieżą, a od 2016 roku pisze także bajki dla dzieci. Kocha góry, podróże, szermierkę historyczną i taniec.
Z katalogu wystawa Urszula Gawron-Leśniara pt. „Wyrwane demencji – mojej Mamie” :
Mama kochała kwiaty. Zawsze w różnej formie w naszym domu one istniały – w wazonach, na oknach, obrusach, serwetkach, ubraniach… Z dzieciństwa, pierwsze skojarzenie mojej Mamy, to kobieta w różowej sukience w kwiaty i tak jej zostało do końca, zawsze wybierała ubrania w kwiaty. Mama nauczyła mnie wszystkiego, co w szerokim tego słowa znaczeniu mieści się pod hasłem „robótki ręczne” – szyć, wyszywać, haftować, szydełkować, robić na drutach – potrafiła WSZYSTKO! Żaden ścieg nie był dla niej nieosiągalny. W czasach, kiedy w sklepach było niewiele do kupienia, zawsze ubierała nas w ładne sukienki z etaminy, lnu, bistoru, dederonu lub bawełny, szyte często przez nią, a swetry, czapki, „kominy”, getry (w zależności od nowych trendów w modzie) rękawiczki i skarpety były standardem i oczywistością w naszym domu. Lubiła „ładność”, zawsze „pod kolor”, żeby „wszystko pasowało”..
DEMENCJA – to okrutne słowo, które często w życiu wielu osób zmienia wszystko. Ostatnie cztery lata życia mojej Mamy były niestety naznaczone tą chorobą. To był wyścig z czasem i próba ratowania resztek pamięci i Jej człowieczeństwa, godności. W ramach terapii zajęciowej kupowałam jej włóczki, żeby miała zajęcie, które da jej radość, przyniesie odrobinę relaksu, usprawni manualnie. Jednak choroba była nieubłagana i powoli zabierała Jej także tę umiejętność. Mimo to zbierałam wszystkie „wytwory”, które Mamie udało się jeszcze zrobić, bo ich wartość sentymentalna, osobista była dla mnie ogromna, chociaż wtedy nie wiedziałam jeszcze po co to robię. Nie mogłam na początku uwierzyć, że z tego wszystkiego co Jej mózg potrafił, na końcu zostały tylko ściegi podstawowe i to jeszcze z pomyłkami. Nie wiedziałam co z tym zrobię, ale wiedziałam, że na pewno coś z tego powstanie. Chciałam jeszcze tymi ręcznymi robótkami wyrwać tej chorobie moją Mamę, jakoś ją ocalić, ocalić w niej to co było NIĄ.
Rok temu, w wakacje dojrzał we mnie pomysł na „to coś”, co dziergały jeszcze ręce mojej Mamy. Na pierwszy rzut oka to nie miało sensu, ale coś zaczęło „kiełkować” w mojej głowie, coś się rodziło. Stwierdziłam, że zrobimy coś RAZEM, zrobię nasze wspólne obrazy. Moje linoryty i „dzierganki” Mamy ubrane w kwiaty. Narodził się pomysł cyklu „Wyrwane demencji – mojej Mamie”. To miały być ostatnie „kwiaty”, które wnosiła w moje życie. Tym razem to nie ona – z działki mi je do wazonu przyniosła, nie na sukience uszyła, nie w nowym sweterku wydziergała, ale ja JEJ chciałam podarować.
Zobaczyła jeszcze pierwsze dwa. Zdążyłam. „Ładne, ładne, podobają mi się” – powiedziała, a po dwóch tygodniach odeszła.
Tytuł jest dramatyczny – „wyrwane”. To słowo mówi o walce. O akcie ocalenia. O sprzeciwie wobec procesu, który zdaje się nieodwracalny. Artystka nie próbuje zatrzymać czasu. Ona próbuje ocalić obecność. W obrazie, w kolorze, w fakturze, w śladzie ręki, wyhaftowanym motywie. Każde z prezentowanych dzieł jest jak relikwiarz – fragment pamięci ukochanej mamy – niekiedy wyraźny, niekiedy rozedrgany, jakby zamglony. W tej estetyce nie ma przypadkowości. Jest doświadczenie. Jest czułość. Jest czuwanie. Sztuka staje się tu formą dialogu z kimś, kto coraz mniej może odpowiedzieć słowem, uczuciem, spojrzeniem.
W przestrzeni muzeum diecezjalnego te prace wybrzmiewają szczególnie mocno. Bo demencja dotyka nie tylko pamięci ludzkiej – dotyka także pytania o tożsamość, o duszę, o to, kim jesteśmy, gdy tracimy to, co wydawało się fundamentem naszego „ja”. W tym sensie wystawa staje się medytacją nad tajemnicą osoby. Chrześcijańska nadzieja przypomina: człowiek nie jest sumą swoich wspomnień. Godność nie zanika wraz z pamięcią. To, co najgłębsze, pozostaje nienaruszone. Miłość nie zależy od sprawności intelektu. Ona trwa.
Prace Urszuli Gawron Leśniary są świadectwem tej właśnie miłości – wiernej, cierpliwej, nieustępującej. Są także zaproszeniem, by spojrzeć na doświadczenie demencji nie tylko przez pryzmat medycznej diagnozy, ale przez pryzmat relacji. Przez pryzmat obecności.
Ta wystawa nie daje łatwych odpowiedzi. Nie uspokaja. Raczej zatrzymuje. Uczy uważności, wrażliwości. Być może pomoże komuś nazwać własny ból. Być może stanie się przestrzenią rozpoznania: „nie jestem w tym sam”. W świecie, który tak bardzo boi się słabości, choroby, bólu i starości, „Wyrwane demencji mojej mamie Emilia Gawron” jest aktem odwagi. Jest także aktem pamięci. A pamięć – nawet krucha – jest formą miłości.
Niech spotkanie z tymi pracami stanie się dla nas momentem refleksji nad kruchością życia i siłą więzi, które potrafią przetrwać nawet wtedy, gdy słowa znikają.
Z wdzięcznością za świadectwo sztuki, która ocala.”
